Miałem trzydzieści dwa lata, dwa rozwody na koncie i pracę, której nienawidziłem bardziej niż porannych korków w poniedziałek. I wtedy, pewnego wieczoru, kiedy butelka taniego wina była już w połowie pusta, a mój pies patrzył na mnie z tym swoim współczującym spojrzeniem, które działało bardziej na nerwy niż pocieszało, otworzyłem laptopa i wpisałem w wyszukiwarkę coś, co miało zmienić wszystko. To nie był przypadek, to nie była ciekawość – to był zwykły, prostacki instynkt ucieczki. Potrzebowałem miejsca, gdzie mój własny mózg wreszcie zamilknie. I tak trafiłem na stronę, która dała mi więcej, niż śmiałem sobie wyobrazić –
kasyno vavada otworzyło przede mną drzwi, za którymi nie było już mojego szefa, nie było rachunków za prąd ani wspomnień byłej żony, która zabrała połowę mebli. Były tylko liczby, kolory i ten specyficzny dźwięk wirujących bębnów, który działał na mnie jak kołysanka dla dorosłych.
Pierwsze tygodnie to była czysta katastrofa. Wchodziłem tam po pracy, wkurzony, zmęczony i głodny, i wylewałem resztki wypłaty na automaty, które miały mi udowodnić, że jestem kimś więcej niż szarym trybikiem w korporacyjnej maszynie. Przegrywałem. Regularnie, systematycznie i z coraz większą wściekłością. Pamiętam noc, kiedy w ciągu godziny straciłem równowartość miesięcznego abonamentu na siłownię, na którą i tak nie chodziłem. Rzuciłem myszką o ścianę, kawałek plastiku odskoczył gdzieś pod łóżko, a ja usiadłem na podłodze i zacząłem się śmiać. Nie z wygranej, nie z przegranej – z absurdu. Bo przecież nie chodziło o pieniądze. One były tylko pretekstem. Chodziło o to, żeby przez te kilka minut nie myśleć o tym, że za miesiąc mam spotkanie z komornikiem, że moja mama dzwoni coraz rzadziej, bo nie wie, co mi powiedzieć, i że w lustrze widzę faceta, którego sam nie chciałbym poznać. Kasyno vavada stało się moim azylem, moją świątynią porażki, gdzie mogłem być odpowiedzialny tylko za siebie i za to, czy kliknę w odpowiednim momencie.
Ale potem, zupełnie nieoczekiwanie, coś pękło. Może to był ten wieczór, kiedy przestałem grać o wygraną, a zacząłem grać o uczucie. Wrzuciłem minimalny depozyt, jakieś grosze, które normalnie wydałbym na kawę w ekspresie, i odpuściłem. Przestałem cisnąć, przestałem się denerwować, przestałem próbować oszukać system. Po prostu siedziałem, klikałem i patrzyłem, jak na ekranie rozgrywa się jakiś mały spektakl. I wtedy, po raz pierwszy, wygrałem. Nie jakieś kokosy, ale wystarczająco, żeby poczuć, że świat nie jest przeciwko mnie. Że przypadkowość, ten cholerny random, który w rzeczywistości rozdaje mi same gówniane karty, tutaj może być łaskawy. To było jak znak, że warto jeszcze spróbować, ale na innych zasadach.
Zacząłem traktować kasyno vavada jak swoją prywatną przestrzeń medytacyjną. Nie miałem harmonogramu, nie miałem strategii – miałem tylko zasadę: wchodzę tam, kiedy czuję, że zaraz wybuchnę, i pozwalam, żeby gra wzięła mnie w swoje ramiona. Bywało, że siadałem do stołu z ruletką i kręciłem kółko przez trzy godziny, stawiając po złotówce na czerwone, potem na czarne, potem na liczby, które były datami urodzin moich byłych dziewczyn. To była moja prywatna psychoterapia, tylko tańsza i bez spływających po policzkach łez. Aż pewnego dnia, w środku nocy, kiedy za oknem lało jak z cebra, a ja nie mogłem spać przez myśli o tym, że znowu muszę zmieniać opony w samochodzie, trafiłem na automat, który miał dzikie symbole. I wygrałem. Nie myślcie, że to były miliony – to było kilka tysięcy złotych, ale dla mnie, który żył od pierwszego do pierwszego, to była przepustka do normalności. Zapłaciłem za przegląd, kupiłem mamie kwiaty, a resztę zostawiłem na koncie. I nie wypłaciłem. Zostawiłem to tam, jako dowód, że ten świat, ten cyfrowy, wirtualny świat, w którym nic nie boli, może mi oddać choć część tego, co odebrał.
Wtedy zrozumiałem, o co tak naprawdę chodzi. Ta strona nie była dla mnie sposobem na wzbogacenie się. To był sposób na to, żeby nauczyć się akceptować falowanie. Że wygrywa się, i przegrywa, i że to nie definiuje człowieka. Kiedy siedziałem przed ekranem, czułem, że mam kontrolę nad czymkolwiek – nad własnym wyborem, nad tym, czy kliknę, czy nie. I nawet jeśli przegrywałem, to była moja decyzja. A w prawdziwym życiu, gdzie miałem szefa, który traktował mnie jak robota, gdzie miałem długi, które spadały na mnie z każdej strony, gdzie miałem uczucia do kobiety, która nie chciała mnie znać – tam nie miałem nic do powiedzenia. Kasyno vavada dało mi przestrzeń, w której mogłem być panem swojego losu, choćby przez kilka godzin.
Grałem tam przez rok. Czasem częściej, czasem rzadziej. Zdarzały się noce, kiedy wchodziłem tylko na kwadrans, żeby zobaczyć, czy szczęście jeszcze do mnie uśmiechnie się tym swoim krzywym uśmieszkiem. I zawsze wracałem zadowolony – nawet jeśli portfel był lżejszy, to głowa była lżejsza o tonę. Przestałem pić, przestałem się wściekać na siebie, zacząłem lepiej spać. Nie chodziło o uzależnienie, to było coś innego – to było jakbym znalazł bezpieczną przystań, gdzie mogę się schować, kiedy niebo spada mi na głowę. Kiedy zamknąłem tamtą stronę ostatni raz, nie dlatego, że mi się znudziła, ale dlatego, że przestałem potrzebować ucieczki. Znalazłem inną pracę, poznałem kogoś, komu można było zaufać, i w końcu zacząłem żyć tu i teraz. Ale wiem jedno – gdyby nie to miejsce, nie byłoby tego wyjścia. To było jak terapia szokowa, jak lustro, w którym zobaczyłem swoje lęki i je zaakceptowałem.
I wiesz, co jest śmieszne? Teraz, kiedy słyszę dźwięk wirujących bębnów w reklamie, uśmiecham się pod nosem. Nie żałuję ani jednej złotówki, ani jednej spędzonej tam godziny. Bo to wszystko było częścią drogi, która zaprowadziła mnie wreszcie do domu. Mówią, że hazard to zło, że to nałóg, że to strata czasu. Ale ja mówię: czasem trzeba pobyć w cudzym świecie, żeby zrozumieć, jak bardzo chce się wrócić do swojego własnego. I dzięki temu miejscu, dzięki temu cyfrowemu schronieniu, w końcu miałem odwagę spojrzeć w lustro i nie uciec. To był mój największy wygrany zakład – nie o pieniądze, ale o samego siebie. A jeśli ktoś myśli, że to tylko gra, niech spróbuje raz. Może akurat jemu też los rzuci kośćmi we właściwym kierunku. Ja swoje już rzuciłem i wyszedłem z tego cało. Z uśmiechem, z nowym planem i z przekonaniem, że każda ucieczka ma swoje miejsce – dopóki znajdujemy drogę powrotną.